DZIENNIK LUKA
Literacka rejestracja upadku marzeń w zderzeniu z aparatem urzędniczym. Czytaj rozdział po rozdziale.
Naiwność w kolorze biało-czerwonym
O tym, jak młody obywatel uwierzył w Konstytucję
Pamiętam ten poranek. Był chłodny, czerwcowy dzień. Z plikiem dokumentów wydrukowanych na domowej drukarce szedłem do Urzędu Miasta z podniesioną głową. Nazywali mnie Luk. Byłem jednym z tych naiwnych, którzy wierzyli, że praca, uczciwość i kreatywność w Polsce są wartością.
Pani w okienku nr 3 spojrzała na mnie wzrokiem, w którym zgasła jakakolwiek nadzieja już w 1993 roku. Stemplowała dokumenty z rytmicznym, głuchym stukiąciem, które brzmiało jak wyrok.
– Płatnik VAT czy ryczałt? – zapytała bez podnoszenia wzroku. – A co Pani poleca dla początkującego twórcy? – spytałem nieostrożnie.
Spoglądnęła na mnie z głębokim powątpiewaniem. Wtedy jeszcze nie rozumiałem, że w polskim systemie podatkowym pytająca odpowiedź jest już przyznaniem się do winy.
W polskim urzędzie nie ma ludzi niewinnych. Są tylko tacy, którym jeszcze nie zdążono skontrolować rocznego PIT-u.